Blog

For the English part of the blog, see Content AND Presentation.

2021-01-17 Królowa Magnolii I

No to dzisiaj coś z zupełnie innej beczki.

Note to my English readers: this is (sort-of) a review of a book which – to my knowledge – has not been translated into English (yet?). You’re definitely missing out, but there’s nothing I can do with that, sorry… If you’re feeling brave, go learn some Polish. Nothing will be the same then, I promise.

Kilka dni temu skończyłem czytać tom I Królowej Magnolii Marty Marii Dobrzyńskiej.

Najkrótsza recenzja, jaką potrafię napisać, ma trzy litery.

Wow.

I szczerze mówiąc, mam wrażenie, że nie bardzo potrafię napisać inną.

Oczywiście, mimo to na tym nie skończę. Mam tak, że gdy znajdę coś, co mi się bardzo podoba, nie potrafię się tym nie dzielić z każdym, kogo spotkam (o czym moi znajomi doskonale wiedzą, niestety;-)). Czuję zatem wewnętrzny przymus, żeby o Królowej Magnolii opowiedzieć nieco więcej.

Niestety, nie jest to łatwe, jeżeli nie chcę zepsuć komuś przyjemności z lektury – kilka zwrotów akcji wzięło mnie zupełnie z zaskoczenia, i bardzo nie chciałbym pozbawiać nikogo tej radości. (No, jeden z nich przewidziałem dość szybko, ale też tu akurat podpowiedzi były dość czytelne). Postanowiłem więc zrobić dwa wpisy – ten, który będzie nieco enigmatyczny, i drugi za jakiś czas, tylko dla osób, które już czytały.

Pozwolę sobie zacząć tę swego rodzaju recenzję od minusów, żeby mieć to z głowy i potem z czystym sumieniem pławić się w zachwytach. Nie zawsze podoba mi się język, jak na mój (pewnie nieco staroświecki) gust czasem odrobinę zbyt… nie wiem, potoczny? współczesny? Napotkałem w książce nieliczne miejsca, w których coś mi językowo nie pasowało, i nawet czasem rozum mówił mi, że jest dobrze, że może dzięki temu bohaterowie są bardziej prawdziwi – ale jakoś mnie odrobinę drażniło. Ale nie piszę o tym dlatego, że przeszkadzało mi to w lekturze w znaczący sposób – bardziej po to, żeby nie pisać aż nieprzyzwoitej laurki. Nie wiem też, w jaką stronę potoczy się akcja dalszych tomów (uwaga dla purystów, którzy zazgrzytają zębami, że napisałem „jaką”, a nie „którą” – gdybym napisał „którą”, mogłoby to sugerować, że widzę kilka i nie wiem, którą z nich Autorka wybierze, a ja chciałem podkreślić, że nie mam bladego pojęcia, co dalej się wydarzy!) – odrobinę się obawiam, czy to, co Autorka chce nam powiedzieć, jest tym, co ja bym chciał przeczytać. Ale zobaczymy, co przyniosą kolejne tomy – zresztą, mądrzejsi ode mnie chwalili książkę, to co ja będę marudzić. Minimalnie też drażni mnie, że niektórzy bohaterowie są jakby troszkę zbyt idealni – ale muszę uczciwie dodać, że jest to uzasadnione fabularnie (w bardzo chytry sposób), więc zarzut nie jest poważny. Ostatnim (i znów, naprawdę w istocie mało znaczącym) zastrzeżeniem jest dosłowność pewnych odwołań – wolałbym, żeby niektóre z nich nieco subtelniej wołały do mnie z kart książki. (Mam podejrzenie, że C.S.L. polubiłby ją bardziej niż J.R.R.T., chociaż ten ostatni pewnie nie byłby w stanie się nie uśmiechnąć, czytając piosenkę Zegry). Ale znów, to nie jest obiektywna wada – ta książka tak ma, i chyba nawet dobrze. Może to moja wina, może jestem na nią za stary – jeżeli tak, to straszne, muszę sobie zapisać, żeby koniecznie codziennie zrobić coś wariackiego, bo myśl o tym, że mogłem nieopatrznie dorosnąć (w pewnym niedobrym znaczeniu tego słowa) lekko mnie zmroziła.

Skoro więc wady mamy z głowy, teraz ze spokojem mogę się oddać pochwałom. Książkę nabyłem dla mojej Córki (prawie jedenastoletniej wielbicielki książek, choć zdecydowanie jeszcze blisko początku swej przygody czytelniczej), i był to jeden z najlepszych prezentów, jaki w ostatnim czasie jej zrobiłem – ale w ciągu kilku tygodni zdążyłem ją polecić paru osobom różnego wieku i płci. Co mi się tak spodobało?

Po pierwsze, książka opowiada świetną historię. Dworskie intrygi? Są. Tajemnice? Są. Ucieczki? Są. Napaść rozbójników? Jest. Mógłbym tak dłużej – jak wspomniałem, niespodziewane zwroty akcji nie zdarzają się może co pięć stron, ale są, i parę razy byłem autentycznie zaskoczony.

Samo to mogłoby wystarczyć, żeby książka zapewniła świetną rozrywkę na parę godzin (ma aż około 450 stron, kolejna zaleta!) – ale wtedy byłaby po prostu jeszcze jedną sympatyczną opowieścią, niekoniecznie wyróżniającą się spośród wielu innych. Tak jednak nie jest – wartka akcja jest tylko tłem, czy raczej nośnikiem dla czegoś, co jest głębiej.

A głębiej jest sporo. Najbardziej rzuca się w oczy, że to jest książka o miłości, czyli (koniec końców) sprawie, o której najbardziej warto pisać i według której ustawiać wszystkie pozostałe. I nie jest to ckliwy romans (nawet, jeżeli chwilami taki udaje – oj tak, przez chwilę dałem się nabrać, i oj, jak zostałem pierwszorzędnie zrobiony w konia!). Wiadomo wszak, że są różne rodzaje miłości, i – jakkolwiek ten najbardziej popularny, „romantyczno-romansowy” wariant przewija się na kartach książki, to zupełnie nie jest na pierwszym planie. Zupełnie nie czuję się ekspertem, ale mam nieodparte wrażenie, że Królowa Magnolii wybija się z kolein, w które wpaść się zdarza najlepszym. Najczęstszy, do znudzenia wałkowany temat, to dwoje młodych ludzi, którzy się w sobie zakochują, po czym żyją długo i szczęśliwie (pokonawszy wpierw oczywiście większą lub mniejszą liczbę przeszkód, zależnie od rozmachu opowieści) – tutaj sprawy nie są tak proste, innymi słowy jest tak, jak w życiu (ale nic więcej o tym nie napiszę, bo i tak już mogłem zdradzić za wiele). Mamy tu przynajmniej pięć par młodych (lub nieco mniej młodych) ludzi, każdej na innym etapie innego rodzaju relacji, losy każdej pary toczą się w innym kierunku, i nie wątpię, że kolejne tomy przyniosą jeszcze więcej prawdy o tym, jak życie jest bogatsze od bajki o Kopciuszku czy Śpiącej Królewnie.

Po drugie (co w żadnym razie nie znaczy mniej istotne, kolejność dotyczy tu raczej tego, jak bardzo wyraźnie widać poszczególne wątki, czy może jak bardzo mnie rzuciły się one w oczy), Autorka nie waha się dotknąć jednej z bardzo istotnych (szczególnie w czasach, w których żyjemy, nacechowanych dużym tempem zmian w świecie) kwestii poszukiwania punktu odniesienia czy kompasu moralnego. Nie jest to z pewnością wiodący temat I tomu, ale samym jego poruszeniem Autorka zaskarbiła sobie moją dużą sympatię (nawet, jeżeli kładzie punkt ciężkości w miejscu, w którym niekoniecznie ja chciałbym go widzieć, choć trudno mi to powiedzieć z całą pewnością po przeczytaniu dopiero jednej trzeciej trylogii!). Skąd mamy wiedzieć, co robić, szczególnie, gdy sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, nie do końca przypomina to, co znamy lub o czym się uczyliśmy? Czy wskaźnikiem ma być dla nas raczej własny rozsądek i sumienie, czy może prawo, czy może wreszcie tradycja i mądrość przodków? Nie zawsze jest to łatwe pytanie – nie jest nawet tak, że te trzy odpowiedzi się wykluczają, bo wszak te czynniki oddziałują ze sobą wzajemnie w złożony nieraz sposób - a jest to przecież kwestia zasadnicza, dotycząca jednej ze spraw najważniejszych – „jak żyć”. Jest wspaniałe, że Autorka nie tylko odważyła się postawić to pytanie w tak niewinnie na pozór wyglądającej powieści, ale zarazem powstrzymała się przed daniem prostej i jednoznacznej odpowiedzi (bo i zresztą takiej ogólnej a łatwej w użyciu odpowiedzi, działającej w każdych okolicznościach, dać się chyba nie da). Dość powiedzieć, że taki stary koń jak ja, mający za pasem (statystycznie) połowę życia z okładem, w dodatku mający tę akurat sprawę całkiem konkretnie (i chyba też w miarę świadomie) poukładaną, został postawiony nieco pod ścianą i zmuszony do ponownych przemyśleń na ten temat.

Trzeci wątek, który bardzo mocno mnie poruszył – choć nie mam zielonego pojęcia, czy Autorka sama miała świadomość, co zrobiła w tym miejscu – jest związany z jednym, mimochodem jakby rzuconym zdaniem, które z powodzeniem mogłoby się znaleźć w poradniku małżeńskim moich pradziadków (i które całkowicie mnie zaskoczyło w powieści z XXI wieku!). Na razie nie napiszę nic więcej ponad to, że zastanawiam się, skąd to zdanie się tam wzięło – w każdym razie dzięki niemu pewna niezwykle urokliwa scena dostała przy okazji solidną porcję mądrości życiowej.

Kończę zatem moją w pocie czoła napisaną laurkę. Nie mogę się doczekać drugiego (i trzeciego) tomu, i z radością (pewnie za parę tygodni) usiądę do napisania drugiej porcji przemyśleń o Królowej Magnolii, tym razem dla osób, które książkę już przeczytały. A tymczasem – raz jeszcze dziękuję Autorce nie tyle za kilka godzin świetnej rozrywki, ale przede wszystkim za kilka godzin świetnej rozrywki, która skłoniła mnie do przemyśleń i po której jestem (mam nadzieję!) nieco lepszym człowiekiem niż przedtem.

KategoriaBlog, KategoriaWiara

Comments on this page

2021-01-11 Deleting last entry from the kill ring

The Emacs’ kill ring is a brilliant and extremely useful concept. It has some drawbacks, too, though. Probably the biggest one is that the entries there persist for quite some time. This is, after all, what it’s for – but sometimes you explicitly want some entry to disappear. This is of course the case when you have some password or a similar thing you copy to e.g. config files.

I did a quick search, and came up with this Stack Overflow question. The (pop kill-ring) answer is actually not the best one, since it leaves kill-ring-yank-pointer unchanged. So, it’s better to use this one, or just install the browse-kill-ring package from MELPA. It allows, well, to browse the kill ring, delete entries from it and even edit them! Really nice.

One thing that is definitely worth mentioning is that the (pop kill-ring) trick (or, equivalently, (when kill-ring (setq kill-ring (cdr kill-ring)))) deletes the newest entry in the kill ring – even if some other one was selected using M-y. In my use-case (removing passwords) this is precisely what I want, but if your needs are different, probably the browse-kill-ring package is a better idea. It also avoids resetting kill-ring-yank-pointer like the linked answer does.

CategoryEnglish, CategoryBlog, CategoryEmacs

Comments on this page

2021-01-04 Current Emacs commit revisited

Almost four years ago I described a simple command to insert the current Emacs version at point, together with the commit hash taken from the repo.

Guess what? A few days ago I found a bug in it. Here’s the problem: the emacs-repository-get-version function goes to the Emacs source Git repo and just takes the commit hash of the HEAD, which (obviously) may be very different from the value it had during compilation.

Of course, this is Emacs, so the problem is solvable (and in fact, solved) – there is a variable which holds the commit hash, and a second one which holds the branch name current during compilation. They are called emacs-repository-version and emacs-repository-branch respectively.

So, to make the command I defined in 2017 work, you’d need to change it into this:

(defun insert-debug-version-info ()
      "Insert version of Emacs and 7 characters of the commit hash."
      (interactive)
      (insert
       (format "GNU Emacs %s (commit %s)"
	       emacs-version
	       (substring emacs-repository-version 0 7))))

CategoryEnglish, CategoryBlog, CategoryEmacs

Comments on this page

More...